Środa, 8. lutego 2012

Ostatnia aktualizacja09:18:42

Gorący temat
Publicystyka Reportaże Ostrowczanin poniesie olimpijski ogień...

Ostrowczanin poniesie olimpijski ogień...

Email Drukuj PDF

Ostrowczanin Jacek Kłonica, na stałe mieszkający w Kanadzie, 7 lutego pobiegnie w sztafecie niosącej ogień olimpijski. Jest także członkiem komitetu organizacyjnego zimowej olimpiady w Vancouver. Każdą wolną chwilę spędza na uprawianiu wielu sportów.

Od zawsze chciał mieszkać w Kanadzie
Jestem emigrantem z 20-letnim stażem – mówi Jacek Kłonica. -W 1989 roku, jako szczęśliwy posiadacz świeżutkiego paszportu, z ledwo sypiącym się wąsem, ale już głodny przygód wyruszyłem z Polski w szeroki świat z plecakiem i kilkoma pożyczonymi dolarami w kieszeni. Moim miejscem docelowym była Kanada, ale po drodze dane mi było spędzić kilka lat w Grecji, do której do dziś żywię ogromny sentyment. Kraj Klonowego Liścia wybrałem niejako z obowiązku, gdyż od dziecka mówiłem, iż wybieram się za ocean. Legenda rodu głosi nawet, iż jako rezolutny czterolatek - ku uciesze rodziny oraz sąsiadów - stanowczo oznajmiłem, ze wyjeżdżam do Kanady. Cóż… słowo się rzekło. I tak oto mieszkam tutaj już 17 lat. Choć, naturalnie, za krajem tęsknię, tutaj teraz jest mój dom i tu zapuściłem swe korzenie. W mojej emigracyjnej wędrówce towarzyszy mi moja żona Ania, również ostrowczanka, absolwentka LO Nr II im. J.Chreptowicza.
Pragnął zostać gwiazdą tańca
-Chociaż niemal całe dorosłe życie spędziłem na emigracji z Ostrowcem nadal łączą mnie bardzo silne więzy z naszym miastem, przede wszystkim z rodziną i przyjaciółmi. W pamięci mam – oczywiście - wiele ciepłych wspomnień. Tu się przecież urodziłem i wychowałem. Elementarz przerabiałem w Szkole Podstawowej Nr 8, gdzie od zerówki zasłynąłem nie tyle z bystrości, pilności czy zgrabnego składania literek lub choćby ładnych szlaczków, co ze skandalicznych wybryków natury towarzyskiej. Moje koleżeńskie poczynania w damskiej szatni tudzież toalecie jakoś nigdy nie spotkały sie ze zrozumieniem pedagogów... Do dziś nie pojmuję, dlaczego? Owa ułańska fantazja, tak niedoceniona w szkole, zawiodła mnie w podwoje ZDK-u, gdzie wówczas ostrowiecki kwiat młodzieży szlifował swój talent w zespole tańca ludowego. Nazwijmy to lokalnym „you can dance” w wydaniu folklorystycznym. Przez kolejne więc osiem lat, dając upust młodzieńczej energii, ochoczo wywijałem hołubce na mniej lub bardziej prestiżowych scenach, nie tylko naszej pięknej Kielecczyzny, ale całego kraju. Do dziś zdarza mi się zapomnieć i na sztywnej imprezie - ku uciesze gawiedzi - odtańczyć solówkę kazaczoka. Niestety, pomimo predyspozycji oraz najszczerszych chęci nie zostałem gwiazdą i byłem zmuszony zapomnieć o życiu artysty na rzecz edukacji. Dalsze nauki pobierałem, nie bez mozołu, w murach ostrowieckiego Technikum Mechanicznego. Z żalem dodam, iż niestety w ściśle męskim gronie. Przyznam, że nigdy nie miałem szansy sprawdzić się w zawodzie, ale okazuje się, iż wiedza techniczna zupełnie w życiu nie przeszkadza.
Jacek ostatnio, po 25 latach, spotkał się z koleżankami i kolegami ze szkoły podstawowej. Zadziałała magia „Naszej klasy”…
W świecie finansjery – Kanada dumna z olimpiady
-Obecnie zawodowo spełniam się w świecie finansów - mówi. - Wychodząc z założenia, iż pieniądze są najgorszą zarazą świata, profilaktycznie postanowiłem permanentnie być w ich pobliżu z nadzieją na złapanie bakcyla. Z długoletnich obserwacji, niestety, wynika, iż dolary to nie grypa, niekoniecznie nawet świńska, i nie można się nimi zarazić. Szkoda. Od 14 lat pracuję dla największego kanadyjskiego banku RBC Royal Bank w roli doradcy finansowego. Tak sie składa, że mój łaskawy pracodawca jest jednym z głównych sponsorów sztafety olimpijskiego ognia, jak również samych igrzysk 2010 roku. Kanadyjczycy zaplanowali sztafetę z prawdziwym rozmachem - jest ona najdłuższa w swojej historii, będzie trwać 100 dni i odwiedzi nawet najbardziej odlegle zakątki Kanady. Liczy 45 tys. km, zawita do tysiąca miejscowości. Domniemywam, iż celem takiej inicjatywy jest zjednoczenie całego kraju w duchu olimpijskim, co najwyraźniej zdaje egzamin, ponieważ sportowe podniecenie udziela sie dosłownie wszystkim.  Ogień olimpijski zaczął swoją podroż po Kanadzie 30 października. Z pochodnią pobiegnie 12 tysięcy szczęśliwców, ze mną włącznie.  W owym licznym, ale niemniej dumnym gronie znalazłem sie na drodze wyróżnienia za osiągnięcia zawodowe oraz za kilkuletnią współpracę z olimpijskim komitetem organizacyjnym (VANOC). Moje 5 minut olimpijskiej glorii dopiero przede mnę, bo do 7 lutego jeszcze daleko, ale atmosfera sportowego uniesienia ogarnęła Vancouver juz dawno. Przygotowania do igrzysk trwają nieustannie od kilku lat. Powstały nowe ośrodki sportowe, a te istniejące zostały odpowiednio odnowione. Dla sportowców zbudowano śliczną wioskę olimpijską w samym w sercu miasta, lotnisko w Richmond połączono z centrum linii szybkiej kolejki tzw. „skytrain”, a ponadto ulepszono drogi, poszerzono autostrady, oddano nowy most. W Whistler powstała kolejna wioska olimpijska, a dwa główne szczyty połączyła nowa, bijąca rekordy gondola. Trudno mi wyliczyć wszystkie podobne inicjatywy, gdyż są naprawdę liczne, co - notabene - bardzo mnie cieszy. Moja opinia w tej kwestii jest oczywiście subiektywna, gdyż jestem ogromnym wielbicielem zimowych igrzysk i owe kosztowne inwestycje są dla mnie uzasadnione. Poza tym, sam od lat z nieustającą pasja uprawiam narciarstwo, więc wszelkie udogodnienia dla amatorów tego i innych sportów zawsze będą przeze mnie mile widziane.
Jacek obiecuje, że z przyjemnością podzieli się z czytelnikami Gazety Ostrowieckiej swoimi wrażeniami z przebiegu Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Wciąż liczy na współpracę z Polskim Komitetem Olimpijskim. Chce podczas igrzysk wraz z grupą Polonusów reklamować nasz kraj. Na razie, dyrektor jego wydziału i grupa pracowników z banku, w którym pracuje, będzie go dopingowała w momencie, jak będzie przejmował olimpijski ogień...
-Kiedy Kanada otrzymała prawo organizacji zimowej olimpiady wiedziałem, że to życiowa okazja nie tylko oglądać dyscypliny sportowe na żywo, ale także zaangażować się w samą ich organizację – opowiada Jacek. -Bank, w którym pracuję jest już od 1946 roku jednym z głównych sponsorów kanadyjskich olimpijczyków. Ja od trzech lat współpracuję z Głównym Organizacyjnym Komitetem Olimpijskim Zimowych Igrzysk w Vancouver.
Jeździ na nartach, gra w tenisa,  skacze na Bungy…
-Sport uprawiałem od zawsze - mówi Jacek Kłonica. -Zaczęło się w podstawówce, od biegania wokół częstocickiego stawu. Niegdyś w tym miejscu rozgrywane były przełajowe sztafety międzyszkolne. Jakoś jednak ciągnęło mnie do uprawiania tych dyscyplin, które w tamtych czasach nie były osiągalne – narty, tenis ziemny. Co prawda pierwszy raz narty miałem na nogach w wieku 10 lat, ale jako takich górek z wyciągami blisko nie było, a na wyprawę do Zakopanego rodziny nie było stać... Postanowiłem więc, że jedną z pierwszych wypłat w Kanadzie poświęcę na zakup sprzętu narciarskiego. To było w 1993 roku. Pierwsze poważne kroki narciarskie poczyniłem na Mont Treblant, w prowincji Quebec. Mieszkaliśmy wtedy w stolicy, w Ottawie. Jednym z decydujących czynników w naszej przeprowadzce ze stolicy do zachodniej Kanady i Vancouver był fakt, że niespełna 1,5 godziny drogi od Vancouver leży jeden z najlepszych ośrodków narciarskich, Whistler! Teraz spędzam na nartach od około 20 do 30 dni rocznie. Vancouver jest otoczone lokalnymi górami - Cypress, Grouse Mountain i Seymour, na które można się wybrać po pracy. W tamtym roku z grupką znajomych z pracy jeździliśmy na nartach od 6 do 9, czasami 10 wieczorem. Stoki są wspaniale oświetlone… Zawsze to przecież lepiej i zdrowiej spędzać tak czas, niż siedzieć przed telewizorem... Drugą pasją sportową jest tenis ziemny. Pamiętam, jako dzieciaka, zawsze interesowało mnie, co dzieje się na korcie tenisowym przy KSZO. To były czasy Wojciecha Fibaka. W 1996 roku podjąłem decyzję. Wiedząc, że na zdobycie Wielkiego Szlema to może za późno, nie poddałem się i dzięki wielogodzinnemu treningowi zostałem całkiem niezłym amatorem… Na dodatek jestem ciągle ciekawy świata i możliwości własnego ciała. Dlatego zostałem „nałogowcem adrenaliny” – wspominam się po górach, latam na lotni, skaczę na Bungy, jeżdżę na nartach wodnych…