Nazywam się Krzysztof Pietrala. Jestem ratownikiem medycznym. Pracuję w ostrowieckim i warszawskim pogotowiu. Siedem lat temu przeprowadziłem się do Ostrowca, skończyłem ratownictwo, tutaj poznałem swoją przyszłą żonę Sylwię a od prawie 2 lat jesteśmy rodzicami naszego synka Jasia. Poproszono mnie abym opowiedział o tym, co robię na co dzień, kiedy często na sygnale jadę pomagać i ratować ludzi. To moja zawodowa misja. I choć jako kilkunastoletni chłopiec marzyłem o wykonywaniu zupełnie innego zawodu, to dziś namawiam wszystkich, by wstępowali w szeregi właśnie ratowników medycznych…
Jak każdy chłopak chciałem dobrze grać w piłkę. Jako uczeń szkoły mistrzostwa sportowego w Zabrzu marzyłem, by grać w reprezentacji. Trafiłem do wielkiego Widzewa Łódź. Moim trenerem został sam Franciszek Smuda. Tak, tak, obecny selekcjoner reprezentacji Polski. Ale konkurencja była niesamowita. Widzew wtedy grał w Lidze Mistrzów. Trafiłem więc do drużyny z Piotrkowa Trybunalskiego. Pojechaliśmy na mecz do Zamościa. I złapałem tę ciężką kontuzję. Z gry w piłkę nici. Tak orzekli lekarze. Zamiast zawodowym piłkarzem zostałem więc ratownikiem medycznym. To fajny zawód. Jak tak sobie pomyślę, to czasami jestem w pełni usatysfakcjonowany tym, co robię. Czasami nawet czuję się wręcz spełniony. Boję się tylko, że wpadłem w typową rutynę. A może to już niezbędne doświadczenie? Mówią o takich, jak ja, że muszą być odporni psychicznie, komunikatywni i otwarci na ludzi… A w reprezentacji w końcu zagrałem. Reprezentacji Polski Ratowników Medycznych.
Jest wezwanie. Jedziemy. Na ulicy leży człowiek. Nie wiadomo czy jest nieprzytomny bo coś mu się stało? A może jest nieprzytomny, bo wypił? Pytania zawsze są takie same. Dyspozytor też pyta, ale ludzi to nie obchodzi. Musicie przyjechać. Czasami lepiej, że tylko wypił, choć to kłopot. Może się awanturować. Musi wtedy przyjechać policja, albo straż miejska. Trzeba jednak sprawdzić, a może jest cukrzykiem? Ma jednak rozciętą głowę! Aha, jak nic mkniemy do szpitala. Izba przyjęć. Tu jest ciepło. Pijak nie lubi stąd wychodzić. Chyba, że odezwie się zew natury. Syndrom dnia poprzedniego. Czyli kac. Tak się zdarza. Coraz częściej...
Kolejny przypadek. Jesteśmy w okolicach Ostrowca. Kobiecie odchodzą wody płodowe. No to, jedziemy na porodówkę. No nie, co to? Zaczyna rodzić… Jest zakłopotana. W karetce zestaw porodowy jest na wyciągnięcie ręki. No i urodziła. Naturalnie, bez problemów. Przyjąłem dziecko. Szczęśliwa matka zapamiętała moją twarz. Rok, a może dwa lata później zaczepiła mnie na mieście szerokim uśmiechem. To pan! Tak, to ja… Dziękuję raz jeszcze, powiedziała. Warto żyć dla takich chwil. Pierwszy poród, to dopiero było przeżycie... Wszystko zupełnie inaczej, niż w książce.
Ostrowiecki weekend nie zawsze oznacza więcej pracy. Bywa, że nic się złego nie dzieje. Bywa, że jednak dzieje się i to aż nadto. Trudno to pojąć, ale biją się. Jak są w dyskotece i jak popiją. Jak jest mecz, to piją więcej. I biją się częściej. Porozcinane głowy, ręce, nogi. Jeździmy więc ciągle na sygnale.
Obwodnica przy Zagłoby. Droga w stronę Boksycki. Albo ta w kierunku Opatowa. Tu najczęściej dochodzi do najgroźniejszych wypadków drogowych w naszym mieście. Przeklęte miejsca i te krzyże przydrożne. Głupie pamiątki czyjeś brawury, nieuwagi i to przerażające przekonanie, że nie można tu było pomóc. Ot, ludzka niemoc. Nie mogli jechać wolniej? Muszą umierać młodsi od nas? Nawet to trzyletnie dziecko z auta na śląskich blachach? To była czołówka. Na nic zdają się unijne standardy reagowania w miejscu wypadku, umiejętności lekarza, ratownika. Nie wystarczy w te miejsca przyjechać w ciągu 8 minut. Mówią, że to była śmierć na miejscu. Kolejny obraz tragizmu utrwalony w pamięci, niczym na matrycy aparatu cyfrowego.
Najgorsze dla psychiki są stany „s”. Wtedy jedziemy ratować samobójców. W Ostrowcu ich nie brakuje. Próbują się wieszać. Młodsi przeżywają zawody miłosne. Tak mocno, że łykają leki lub podcinają sobie żyły. Pewna dziewczyna zrobiła to w ostatnim czasie aż cztery razy. Tak tamując krew myślę sobie…, czy ona straszy kogoś tymi próbami samobójczymi? Chce zwrócić czyjąś uwagę? Co się dzieje w jej głowie? Czy jest delikatna niczym płatki rozkwitających róż, czy jest aż tak wyrachowana? No, ale uratowaliśmy ją… Człowiek ma nadzieję, że nie będzie tego następnego razu. Bliscy też, a ona?
Niektórzy są uczuleni na punkcie swego zdrowia. Albo boli ich głowa, albo źle się czują. Dzwonią, a my jedziemy, sprawdzamy. Najczęściej wszystko w porządku. Może przydalibyśmy się w tym czasie w innym miejscu? To było chyba kilka dni temu. Przyjeżdżamy, a kobieta spakowała się już i chce jechać do szpitala. Co ja jej powiem? Że to nie taksówka? Że nie ma stanu zagrożenia życia? Pogotowie nie leczy. Pogotowie ratuje.
Uff, Warszawa, to nie Ostrowiec. Tu więcej wezwań. I większa ich różnorodność. Wyjeżdżamy najczęściej do młodych ludzi, którzy są pod wpływem narkotyków. Jeśli jest wezwanie do młodej, nieprzytomnej osoby to znak, że na 70 procent jedziemy ratować narkomana. W stolicy częściej zdarzają się też rany postrzałowe i kłute. Reszta to standardowe przyczyny wezwań jak wysokie ciśnienie, ból w klatce piersiowej czy szeroko rozumiane urazy. Tylko na początkujących robi to wrażenie. Jak to w wielkim mieście. Tu w pogotowiu pracuje mało rodowitych warszawskich ratowników. Oni wybierają pracę w szpitalach. O nas mówią: legia cudzoziemska. Pogotowia werbują nas z konkursów. Praktycznie z całej Polski. W stolicy jest inna praca. Pogotowie wyjeżdża tylko do poważniejszych wypadków. Resztę przypadków załatwiają przychodnie, które czynne są do późnych godzin, można też skorzystać z prywatnego pogotowia.
Chcesz być ratownikiem? Pamiętam to pytanie. Jak chcesz, to musisz też chcieć – pomagać innym… I mieć silną psychikę. Reszta to czysta nauka. Podstawy farmakologii, pierwsza pomoc, szkolenie medyczne… To klucz powodzenia w tym zawodzie. U ratowników jest tak, jak w futbolu. Liczy się gra zespołowa i działanie w drużynie. Dobrej drużynie, bez wątpienia…
Jest wezwanie. Jedziemy. Na ulicy leży człowiek. Nie wiadomo czy jest nieprzytomny bo coś mu się stało? A może jest nieprzytomny, bo wypił? Pytania zawsze są takie same. Dyspozytor też pyta, ale ludzi to nie obchodzi. Musicie przyjechać. Czasami lepiej, że tylko wypił, choć to kłopot. Może się awanturować. Musi wtedy przyjechać policja, albo straż miejska. Trzeba jednak sprawdzić, a może jest cukrzykiem? Ma jednak rozciętą głowę! Aha, jak nic mkniemy do szpitala. Izba przyjęć. Tu jest ciepło. Pijak nie lubi stąd wychodzić. Chyba, że odezwie się zew natury. Syndrom dnia poprzedniego. Czyli kac. Tak się zdarza. Coraz częściej...
Kolejny przypadek. Jesteśmy w okolicach Ostrowca. Kobiecie odchodzą wody płodowe. No to, jedziemy na porodówkę. No nie, co to? Zaczyna rodzić… Jest zakłopotana. W karetce zestaw porodowy jest na wyciągnięcie ręki. No i urodziła. Naturalnie, bez problemów. Przyjąłem dziecko. Szczęśliwa matka zapamiętała moją twarz. Rok, a może dwa lata później zaczepiła mnie na mieście szerokim uśmiechem. To pan! Tak, to ja… Dziękuję raz jeszcze, powiedziała. Warto żyć dla takich chwil. Pierwszy poród, to dopiero było przeżycie... Wszystko zupełnie inaczej, niż w książce.
Ostrowiecki weekend nie zawsze oznacza więcej pracy. Bywa, że nic się złego nie dzieje. Bywa, że jednak dzieje się i to aż nadto. Trudno to pojąć, ale biją się. Jak są w dyskotece i jak popiją. Jak jest mecz, to piją więcej. I biją się częściej. Porozcinane głowy, ręce, nogi. Jeździmy więc ciągle na sygnale.
Obwodnica przy Zagłoby. Droga w stronę Boksycki. Albo ta w kierunku Opatowa. Tu najczęściej dochodzi do najgroźniejszych wypadków drogowych w naszym mieście. Przeklęte miejsca i te krzyże przydrożne. Głupie pamiątki czyjeś brawury, nieuwagi i to przerażające przekonanie, że nie można tu było pomóc. Ot, ludzka niemoc. Nie mogli jechać wolniej? Muszą umierać młodsi od nas? Nawet to trzyletnie dziecko z auta na śląskich blachach? To była czołówka. Na nic zdają się unijne standardy reagowania w miejscu wypadku, umiejętności lekarza, ratownika. Nie wystarczy w te miejsca przyjechać w ciągu 8 minut. Mówią, że to była śmierć na miejscu. Kolejny obraz tragizmu utrwalony w pamięci, niczym na matrycy aparatu cyfrowego.
Najgorsze dla psychiki są stany „s”. Wtedy jedziemy ratować samobójców. W Ostrowcu ich nie brakuje. Próbują się wieszać. Młodsi przeżywają zawody miłosne. Tak mocno, że łykają leki lub podcinają sobie żyły. Pewna dziewczyna zrobiła to w ostatnim czasie aż cztery razy. Tak tamując krew myślę sobie…, czy ona straszy kogoś tymi próbami samobójczymi? Chce zwrócić czyjąś uwagę? Co się dzieje w jej głowie? Czy jest delikatna niczym płatki rozkwitających róż, czy jest aż tak wyrachowana? No, ale uratowaliśmy ją… Człowiek ma nadzieję, że nie będzie tego następnego razu. Bliscy też, a ona?
Niektórzy są uczuleni na punkcie swego zdrowia. Albo boli ich głowa, albo źle się czują. Dzwonią, a my jedziemy, sprawdzamy. Najczęściej wszystko w porządku. Może przydalibyśmy się w tym czasie w innym miejscu? To było chyba kilka dni temu. Przyjeżdżamy, a kobieta spakowała się już i chce jechać do szpitala. Co ja jej powiem? Że to nie taksówka? Że nie ma stanu zagrożenia życia? Pogotowie nie leczy. Pogotowie ratuje.
Uff, Warszawa, to nie Ostrowiec. Tu więcej wezwań. I większa ich różnorodność. Wyjeżdżamy najczęściej do młodych ludzi, którzy są pod wpływem narkotyków. Jeśli jest wezwanie do młodej, nieprzytomnej osoby to znak, że na 70 procent jedziemy ratować narkomana. W stolicy częściej zdarzają się też rany postrzałowe i kłute. Reszta to standardowe przyczyny wezwań jak wysokie ciśnienie, ból w klatce piersiowej czy szeroko rozumiane urazy. Tylko na początkujących robi to wrażenie. Jak to w wielkim mieście. Tu w pogotowiu pracuje mało rodowitych warszawskich ratowników. Oni wybierają pracę w szpitalach. O nas mówią: legia cudzoziemska. Pogotowia werbują nas z konkursów. Praktycznie z całej Polski. W stolicy jest inna praca. Pogotowie wyjeżdża tylko do poważniejszych wypadków. Resztę przypadków załatwiają przychodnie, które czynne są do późnych godzin, można też skorzystać z prywatnego pogotowia.
Chcesz być ratownikiem? Pamiętam to pytanie. Jak chcesz, to musisz też chcieć – pomagać innym… I mieć silną psychikę. Reszta to czysta nauka. Podstawy farmakologii, pierwsza pomoc, szkolenie medyczne… To klucz powodzenia w tym zawodzie. U ratowników jest tak, jak w futbolu. Liczy się gra zespołowa i działanie w drużynie. Dobrej drużynie, bez wątpienia…




















