Wtorek, 7. lutego 2012

Ostatnia aktualizacja09:18:42

Gorący temat
Publicystyka Reportaże Ania po terapii w Chinach

Ania po terapii w Chinach

Email Drukuj PDF

Czytelnicy poznali ją, gdy publikowaliśmy apele z prośbą o pomoc. Ania Masło od ponad roku walczy z chorobą nowotworową. Po leczeniu i dwóch udanych operacjach w Centrum Onkologii w Warszawie, szansą dla niej stał się wyjazd do kliniki w Chinach. Dalsze leczenie było możliwe dzięki wsparciu najbliższej rodziny, przyjaciół, kolegów, koleżanek ze studiów, różnych instytucji i ludzi dobrej woli, którzy na konto Dolnośląskiej Fundacji wpłacali pieniądze.

Kiedy odwiedziliśmy Anię w jej domu, właśnie przygotowywała się do wyjazdu do Chin. 8 czerwca wraz z mamą i tłumaczem wyleciała do Pekinu. Stamtąd dotarła do miasta Tianjin, co oznacza „blisko nieba”. - Była to dla mnie chyba jedna z największych podróży życia – mówi Ania. – W Tianjin znajdowała się klinika zajmująca się leczeniem nowotworów, gdzie miałam być poddana terapii. Mieszkałyśmy około 2 km od kliniki. Najpierw wykonano mi specjalistyczne badania. W leczeniu nowotworów stosuje się tam trzy metody. Po wykonaniu badań okazało się, że mój stan jest dobry i nie ma potrzeby stosowania wszystkich metod. Radiochirurg, który mnie leczył wybrał metodę cyber-knife. Odlano z gipsu formę moich wymiarów i codziennie przez godzinę, leżałam w tej formie poddając się promieniowaniu. Na początku nie czułam się najlepiej. Byłam osłabiona. Potem otrzymywałam kroplówki osłonowe i wzmacniające. Po kolejnych cyklach terapii czułam się coraz lepiej. Nie było więc potrzeby, abym cały czas leżała w szpitalu.

Ania miała też okazję zobaczyć parę atrakcyjnych miejsc w Chinach. - Mieszkałyśmy w 19-piętrowym budynku, skąd rozciągała się wspaniała panorama całego miasta - dodaje nasza rozmówczyni. - W Tianjin zobaczyłam piękny park wodny. Zachwycił mnie sposób spędzania czasu przez Chińczyków. W mieście był wielki plac i w różnych jego częściach zbierali się mieszkańcy. Jedni ćwiczyli tam jogę, inni aerobik, jeszcze inni tańczyli w swoich rytmach. To było bardzo fajne. U nas nie ma takich zjawisk. Wbrew pozorom Chińczycy są spokojnym narodem. Nie stresują się, wszystko robią spokojnie, swoim rytmem.

We wzajemnym komunikowaniu się ważna jest dla nich intonacja, barwa głosu. Niemalże te same słowa, wypowiedziane w innej intonacji mają odmienne znaczenie. Próbowałam trochę uczyć się chińskiego. Zaskoczyło mnie to, że na drogach nie ma tam żadnych zasad. Wszyscy jeżdżą i chodzą, jak im się podoba. Trzeba więc bardzo uważać.

W Pekinie udało mi się zobaczyć Chiński Mur i słynny plac Tiannanmen. Nauczyłam się jeść pałeczkami, co było dla mnie nowym doświadczeniem. Nie miałam zbyt dużo czasu na zwiedzanie. Po zabiegach byłam zmęczona. Musiałam więc dużo odpoczywać. W klinice poznałam dwóch pacjentów z Polski, którzy też walczyli z chorobą jak ja. Zauważyłam, że jednak w chińskich szpitalach personel nie zajmuje się w sposób szczególny pacjentami. Najczęściej ten obowiązek spoczywa na rodzinie.

Ania cały czas jest pod kontrolą lekarzy z Warszawy. Czuje się dobrze. Na efekty terapii musi poczekać dwa miesiące. Chińscy lekarze mówią o skuteczności tej metody w 90 proc. Sierpień zamierza spędzić na Mazurach. Potem chce spotykać się ze znajomymi, aby podzielić się przeżyciami z Chin. Późną jesienią chce wrócić do pracy. Jak mówi, jej marzeniem jest podróż do Japonii. Bardzo fascynuje ją ten kraj. Mamy nadzieję, że leczenie przyniesie oczekiwany efekt, a Ania spełni jeszcze niejedno swoje marzenie.