Więzień polityczny
W nocy z 12 na 13 grudnia dyżur w Delegaturze Zarządu Regionu „Solidarności” w Ostrowcu przy ulicy Radwana pełnił przewodniczący, Marcel Czarnecki wraz z dwoma osobami - opowiada Jerzy Jabłoński, który po wybuchu stanu wojennego stanął na czele strajku w Hucie im. M. Nowotki w Ostrowcu Św. Około 23.00 pojawił się w moim domu. W siedzibie delegatury już nie działał telefon, a przed budynkiem pojawił się policyjny radiowóz.
Ubrałem się. Szybko udaliśmy się do siedziby związku, ale po drodze spotkaliśmy zapłakaną żonę Sławka Kapusty, obecnie przebywającego w USA, która zawróciła nas z drogi. W tej sytuacji poszliśmy pod Nowy Zakład. Dotarliśmy pod bramę nr 3. Przez bramę kolejową weszliśmy na teren zakład. Udaliśmy się na wydział stalowni. Poinformowaliśmy pracowników trzeciej zmiany o sytuacji na mieście, o aresztowaniach i ciszy radiowej. Zwołaliśmy wiec na 6 rano. Zapadła na nim decyzja o strajku, jako formie przeciwstawienia się atakowi na związek. Aby pozyskiwać informacje o sytuacji w mieście i na starym zakładzie uruchomiliśmy kurierów, choć bez porozumienia się decyzja o strajku zapadła również na Starym Zakładzie. O 9 rano w niedzielę rozpoczęliśmy pracę w komitecie strajkowym. Głównym naszym postulatem było oczywiście uwolnienie internowanych kolegów. Postulowaliśmy o odwołanie stanu wojennego i o nie wyciąganie żadnych konsekwencji wobec strajkujących. Po północy 15 grudnia strajk zakończył się.
Jerzy Jabłoński dzień 16 grudnia 1981 roku zapamiętał w najdrobniejszych szczegółach. Zatrzymany, po wieczornych przesłuchaniach, został przewieziony do Kielc do Wojewódzkiej Komendy MO. Następnego dnia stanął przed obliczem prokuratora. Aresztowanego przewieziono do aresztu na kieleckich Piaskach. Tam, na piętrze, gdzie urządzono ośrodek internowanych, spotkał wcześniej zatrzymanych już kolegów z Ostrowca.
-W pierwszych dniach stycznia 1982 roku rozpoczął się proces naszej czwórki, jako prowodyrów inicjujących strajki – mówi Jerzy Jabłoński. -11 stycznia zostaliśmy skazani, a po wyroku zamknięci w celi nr 28 już bez pozostałych aresztantów.
J.Jabłoński dostał 3,5 roku do odsiadki, a w trzy miesięcy później – w maju 1982 roku - Sąd Najwyższy podniósł okres kary do 4 lat.
-15 lutego zostałem przetransportowany do aresztu w Hrubieszowie. Tam wszyscy porozumiewali się za pomocą grypsów – wspomina J.Jabłoński. -Prasa z wyciętymi przez cenzora „dziurami” docierała do nas z opóźnieniem kilkudniowym. Działał za to Program 1 Polskiego Radia. W niedziele nie mogliśmy jednak słuchać nadawanej z warszawskiej kościoła mszy świętej. Wszystko, co docierało do nas starannie analizowaliśmy i komentowaliśmy. W swoim pamiętniku zapisałem, że w lutym kolejne państwa nałożyły na Polskę sankcje gospodarcze, a w marcu, że z internowania zwolniono 3204 osoby…
J.Jabłoński mówi, że pierwsze dni w Hrubieszowie to dostosowanie się do surowych warunków więziennych. W celach przebywali po czterech, a jedyną rekreacją był pobyt na spacerniku. Nie mieli kontaktów z osobami z innych cel, nie wiedzieli ilu ich jest…
-Po kilku dniach odmówiłem wychodzenia na spacernik. Inni uczynili tak samo – mówi J.Jabłoński. –Potraktowano to jako formę buntu. Zaczęli nas przesłuchiwać. Między celami zaczęliśmy się porozumiewać przy pomocy alfabetu Morse'a. Wkrótce wszyscy wyszliśmy na spacernik. Okazało się, że jest nas około stu. Z moich notek wynika, że osadzeni w Hrubieszowie byli z południowej części Polski. Ograniczano i cenzurowano korespondencję. Prowadzono rewizje. Nie było jednak wśród nas przygnębienia, apatii. 28 kwietnia dowiedziałem się, że spora grupa moich kolegów z Ostrowca została zwolniona z internowania. W więzieniu szukaliśmy sposobów na lepsze życie. Odbyła się pierwsza msza, otwarto cele, wkrótce zaczęliśmy korzystać z świetlicy i oglądać telewizję, w tym mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie, że rozmawialiśmy na tematy polityczne, związkowe, ale głównie o wolności. Mimo wysokich wyroków wierzyliśmy, że nie odsiedzimy ich do końca. Po apelacjach wielu uzyskało przerwę w wykonywaniu kary i pojechało do domów.
Na czwartym piętrze na Piaskach
Marzena Grosicka z Instytut Pamięci Narodowej w Kielcach mówi, że w wyniku stanu wojennego w województwie kieleckim internowano 368 osób. Większość z nich z regionu świętokrzyskiego umieszczono w ośrodku odosobnienia stworzonym w Kielcach w Areszcie Śledczym na Piaskach, gdzie internowani zajmowali czwarte piętro w głównym budynku więziennym. Pilnowało ich dwudziestu pięciu funkcjonariuszy. Niektórzy za kratami spędzili kilka dni, a inni kilkanaście miesięcy. Internowani w areszcie mieli fatalne warunki pobytu. Złe oświetlenie cel, kiepskie jedzenie, zła opieka lekarska to obrazki z codziennego ich życia. Cały czas funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa prowadzili wobec internowanych pracę operacyjną. Nakłaniali do składania „lojalek”, czyli oświadczeń o niepodejmowaniu działalności szkodliwej dla PRL. Na porządku dziennym próbowali skłócać internowanych, wywoływać podejrzliwości i pomówienia. Wobec sporej grupy internowanych kolportowano informacje o działalności agenturalnej.
Koszmary i absurdy dnia codziennego
Prof. dr hab. Grzegorz Miernik z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego twierdzi, że życie codzienne w okresie stanu wojennego było absurdalne. Starsi pamiętają: puste półki sklepowe, przemieszczenia się z województwa do województwa za pomocą przepustek, system kartkowy na mięso, cukier, kaszę, alkohol, artykuły chemiczne. Od 1982 roku rozpoczęła się reforma gospodarcza. Polegała jednak głównie na drastycznej podwyżce cen, choć prowadzona była na zasadzie koncesjonowanego dialogu społecznego.
-Efekt był taki, że w naszym województwie w lutym 1982 roku głównie w miastach nie wykupiono 15 % masy mięsnej. Trwało ciągłe poszukiwanie lepszych gatunków mięsa i wędlin. Nie można było kupić ziemniaków, bo rolnicy wstrzymywali się ze sprzedażą, a handel uspołeczniony był niewydolny – opowiada G.Miernik. –Brakowało masła, kaszy manny, pieluch, proszków do prania. Małe szanse dotyczyły kupna czekolady, a dostępne na rynku ubrania – w zależności od asortymentu - pokrywały od 10 do 40 % potrzeb. Wprowadzono bony na buty. W województwie kieleckim brakowało do pokrycia reglamentowanych 800 tys. aż 300 tysięcy par obuwia.
Braki towarów rodziły patologie. Rozprowadzano je wśród rodzin i znajomych. Nie brakowało tzw. spekulantów, zarabiających z zyskiem na ich sprzedaży. Pojawili się cinkciarze sprzedający obce waluty. Zlikwidowano 150 bimbrowni. Milicja z kolei w tej materii chwaliła się współpracą z tzw. robotniczo – chłopską inspekcją pracy. Zrodziło się także pojęcie „fuchy”, czyli wykonywania dodatkowej pracy w zakładzie. Liczyły się „chody” i dojścia”.
-Reforma była pustym sloganem i obnażyła wszystkie patologie PRL – uważa prof. Miernik. -Stanowiska w zakładach pracy zajmowali nowi, obsadzani z klucza nomenklaturowego. Stan wojenny spowodował także najdłuższe wakacje zimowe dla młodzieży. W szkołach odbyła się personalna czystka wśród kadry dyrektorskiej. Władza komunistyczna zmartwiona była wzrastającym udziałem społeczeństwa w nabożeństwach i uroczystościach religijnych. W Ostrowcu na mieszkanie oczekiwało się 12, a w Kielcach 15 lat. W całym województwie na własne M oczekiwało 55 tysięcy rodzin.
Poszukiwaliśmy godnych form życia
-Polacy niekoniecznie chcą być bogaci, ale cenią sobie sprawiedliwość, dbają o własną edukację i kulturę, chcą być silni w swej masie - mówi Jerzy Stępień, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego, senator, współzałożyciel „Solidarności” w Regionie Świętokrzyskim, współautor „Posłania do narodów Europy Środkowej i Wschodniej”, który w stanie wojennym był internowany na rok, a po zwolnieniu działał w podziemiu.
-W działalności „Solidarności” poszukiwaliśmy więc godnych form codziennego życia, a kulturę podtrzymywaliśmy poprzez prasę podziemną i kościół. Wiedzieliśmy, że nie możemy podejmować z komunizmem walki zbrojnej. Państwo chcieliśmy odzyskać przywracając wszystkim poczucie obywatelskości, a naszą siła było solidarne stawanie w obronie ludzi pokrzywdzonych na zasadzie zwartych grup osób żyjących w zgodzie z prawdą. Gdy byliśmy w więzieniu wiedzieliśmy, że nasze rodziny nie są pozbawione opieki i finansowego wsparcia. Służba Bezpieczeństwa PRL wobec takiej postawy była bezradna…
Według J.Stępnia, to doświadczenie „Solidarności” jest ponadczasowe. Także to, że w takich czasach, jak okres stanu wojennego zawsze można było liczyć na duchownych. Po wyjściu z więzienia on i tacy kieleccy działacze „Solidarności”, jak Mirosław Sarna i Michał Płoski zostali zatrudnieni przez biskupa w kieleckiej kurii i prowadzić swoją działalność podziemną.
Potwierdza to – na podstawie działalności Towarzystwa Przyjaciół Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego - Waldemar Bartosz, przewodniczący Zarządu Regionu Świętokrzyskiego NSZZ „S”, od 1977 roku współpracownik KOR i KSS KOR. W stanie wojennym został dwukrotnie internowany.
-W mrokach stanu wojennego kościół był naszą Ojczyzną, oazą wolnością – mówi W.Bartosz. –Poprzez działalność naszego towarzystwa, którą wpieraliśmy podziemną „Solidarności” mieliśmy poczucie wspólnoty i celu, do którego zmierzaliśmy.
Pokolenie stanu wojennego
Jarosław Malik ze Skarżyska - Kamiennej. Działacz podziemnej „Solidarności”. Pisał w konspiracyjnej prasie pod pseudonimem Krzysztof Wolski. W tamtych czasach przeprowadził wywiad z Jerzym Jabłońskim, ostrowieckim opozycjonistą. Dziś jest przedsiębiorcą na stałe mieszkającym w Kanadzie.
-Wywodzę się z pokolenia stanu wojennego, które ciągle przeciwko czemuś demonstrowało i manifestowało – mówi o sobie. –Szczególnie utkwiły mi w pamięci demonstracje z 30 sierpnia 1982 roku na ulicach Warszawy, Wrocławia i Gdańska, po której komuniści ogłosili, że zorganizowały je bandy wyrostków. W odpowiedzi powstała wtedy nawet gazeta podziemna wydawana przez bardzo młodych ludzi o wdzięcznym tytule „Wyrostek”. Młodzież w mrokach stanu wojennego zadawała sobie pytania, co ze sobą robić, w którą stronę iść? Ja studiowałem na Politechnice Warszawskiej, ale stan wojenny spowodował, że z dnia na dzień wszyscy staliśmy się członkami – niczym Kolumbowie Romana Bratnego – pokolenia, jak się okazało później ostatniego pokolenia, walczącego o niepodległość Polski. Dzisiaj łatwo się mówi: tworzyliśmy gazetki, rzucaliśmy ulotki, ale klimat był taki, że za to wylatywało się z uczelni, szło się do więzienia. Nie każdy mógł się na taką działalność zdecydować, zaryzykować i funkcjonować w drugim obiegu.
Jeszcze w 1987 roku Służba Bezpieczeństwa nie wiedziała, że piszący pod pseudonimem Krzysztof Wolski to Jarosław Malik.
-To znak, że nawet tak potężna SB nie była w stanie okiełznać podziemnej i konspiracyjnej działalności wydawniczej. Taki był jej zasięg i moc – mówi J.Malik. –Zmienił to dopiero Okrągły Stół…
J.Malik wspomina Grupy Oporu Solidarni, które były produktem stanu wojennego. Młodzi postanowili wyjść naprzeciwko oczekiwaniom internowanym liderom „Solidarności”. Brali udział w manifestacjach patriotycznych, akcjach ulotkowych, prowadzili mały sabotaż, piętnowali jakąkolwiek formę współpracy z reżimem komunistycznym. Wzór brali z nich wszyscy nosząc w swetrach oporniki…
-Przykład takiej działalności dawał Teodor Klincewicz, student Politechniki Warszawskiej – chudy, wysoki, świetnie się uczący, emanującymi pomysłami i kierujący 200-osobową grupą oporu, który kilka lat wcześniej założył pismo „Robotnik” – wspomina J.Malik. -
SB nie udało się zatrzymać Klincewicza w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Ukrywał się. Przypadkowo został aresztowany w nocy z 21 na 22 marca, ale SB nie potrafiła ustalić miejsca jego miejsca pobytu, ani roli, jaką odgrywał w podziemiu. A on był członkiem „Dyrektoriatu” - zespołu koordynującego działania RKW Mazowsze. Po legalizacji "Solidarności" został redaktorem naczelnym pisma Kurier Mazowsza. Niestety, paradoksalnie, został ranny w wypadku samochodowym pod Mławą, w czasie podróży służbowej na Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność” w Gdańsku i zmarł 1 marca 1991.
-Przykładem może być także Jacek Górski, jeden z założycieli Federacji Młodzieży Walczącej, która powstała w czerwcu 1984 roku i była organizacją podziemną, zrzeszającą najmłodszych opozycjonistów PRL – mówi J.Malik. -Była organizacją niepodległościową, niezwykłą w swojej otwartości na środowiska o tak różnych poglądach politycznych. W szeregach FMW działało prawdopodobnie kilka tysięcy osób, a młodzi opozycjoniści odwoływali się do tradycji POW, Legionów, Polskich Sił Zbrojnych, ZWZ, AK i Szarych Szeregów. Górski został aresztowany, jako 17-latek już w grudniu 1982 roku. W 1986 roku został porwany przez – jak to się zwało w PRL - nieznanych sprawców, którzy bili go, przypalali papierosami, razili prądem, wypytywali o „Solidarność”, prasę podziemną, aż w końcu wyrzucili go na tory kolejowe. Na szczęście, oprzytomniał, zanim nadjechał pociąg…
J.Malik wspomina również 12-letniego drukarza stanu wojennego, który zajmował się malowaniem napisów na murach, zrywaniem komunistycznych flag, rozklejaniem plakatów i wreszcie drukiem oraz kolportażem podziemnej prasy. Ten nastoletni opozycjonista został absolwentem historii na Uniwersytecie Wrocławskim, Business Administration na Politechnice Wrocławskiej i Central Connecticut State University, MBA na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, Uniwersytetu w Hamburgu i Bazylei. Był zastępca dyrektora Departamentu Negocjacji Akcesyjnych w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej MSZ. Pracował w Banku Zachodniego, którego od 2007 roku został prezesem. Obecnie został konsulem generalnym Republiki Irlandii w Polsce. Mowa o Mateuszu Morawickim, synie założyciela „Solidarności Walczącej”.
Puenta legendy „Solidarności Walczącej”
Kornel Morawiecki - legendarny założyciel „Solidarności Walczącej” 13 grudnia 1981 cudem uniknął aresztowania. Mówi, że wieczorem przewoził sprzęt poligraficzny dla konspiracyjnej drukarni "Biuletynu Dolnośląskiego". W podziemiu kontynuował działalność poligraficzną. Pierwszy numer podziemnego pisma w stanie wojennym w Polsce – "Z dnia na dzień" był drukowany w nocy z 13 na 14 grudnia. Po sześciu latach konspiracyjnej działalności podziemnej późniejszy kandydat na prezydenta RP został zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa we Wrocławiu. Został przetransportowany helikopterem do Warszawy i osadzony w areszcie na Rakowieckiej. W USA powstał Komitet na rzecz Uwolnienia Kornela Morawieckiego…
-Po ogłoszeniu stanu wojennego nadzieje na to, że zima wasza, wiosna nasza okazały się płonne – mówi Kornel Morawiecki. -Nasza organizacja miała zupełnie inne wizje Polski, niż związek zawodowy. Miała na celu walkę, nawet z narażeniem życia, o Polskę wolną, niepodległą, solidarną między rodakami i narodami. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ten ruch był ważny dla całej Europy. Polska miała być lepsza od tej zbrodniczej, mrocznej, komunistycznej. Nie godziliśmy się na namiestnikowskie działania promoskiewskie generała Jaruzelskiego. To, że polała się w wyniku jego działań polska krew jest wielką hańbą. „Solidarność” z 1981 roku dała jednak impuls przemianom w 1989 roku, choć były one dalekie od tych, jakich oczekiwaliśmy. Przecież pierwszym prezydentem tej wolnej, ale wyprzedanej za grosze Polski przez komunistyczną nomenklaturę, został nikt inny tylko Jaruzelski, autor stanu wojennego wypowiedzianego narodowi. Efekty są widoczne do dzisiaj. Z jednej strony – owszem - mamy wolność, ale dramatycznie brakuje nam Polski solidarnej - takiej, w której nie ma tak jaskrawych podziałów na bogatych i biednych, w której rządzi społeczeństwo, a nie kapitał i właściciele banków. Straciliśmy wiele, bo przecież to my wyrwaliśmy Europę z komunistycznych łap, a po zasługi i zaszczyty sięgnęli inni. Dziś stoimy przed kolejnym zniewoleniem swoistą nierównowagą i nierównością społeczną. Chciałbym więc, aby teraz w pogrążonej kryzysem finansowym Europie pojawił się impuls do zmian w Polsce. Chciałbym więcej prawdy, sprawiedliwości, rzetelnych mediów, współdziałania. Hasło „Nie ma wolności bez Solidarności” trzeba zamienić na „Nie ma solidarności bez wolności”…
Jerzy Jabłoński dzień 16 grudnia 1981 roku zapamiętał w najdrobniejszych szczegółach. Zatrzymany, po wieczornych przesłuchaniach, został przewieziony do Kielc do Wojewódzkiej Komendy MO. Następnego dnia stanął przed obliczem prokuratora. Aresztowanego przewieziono do aresztu na kieleckich Piaskach. Tam, na piętrze, gdzie urządzono ośrodek internowanych, spotkał wcześniej zatrzymanych już kolegów z Ostrowca.
-W pierwszych dniach stycznia 1982 roku rozpoczął się proces naszej czwórki, jako prowodyrów inicjujących strajki – mówi Jerzy Jabłoński. -11 stycznia zostaliśmy skazani, a po wyroku zamknięci w celi nr 28 już bez pozostałych aresztantów.
J.Jabłoński dostał 3,5 roku do odsiadki, a w trzy miesięcy później – w maju 1982 roku - Sąd Najwyższy podniósł okres kary do 4 lat.
-15 lutego zostałem przetransportowany do aresztu w Hrubieszowie. Tam wszyscy porozumiewali się za pomocą grypsów – wspomina J.Jabłoński. -Prasa z wyciętymi przez cenzora „dziurami” docierała do nas z opóźnieniem kilkudniowym. Działał za to Program 1 Polskiego Radia. W niedziele nie mogliśmy jednak słuchać nadawanej z warszawskiej kościoła mszy świętej. Wszystko, co docierało do nas starannie analizowaliśmy i komentowaliśmy. W swoim pamiętniku zapisałem, że w lutym kolejne państwa nałożyły na Polskę sankcje gospodarcze, a w marcu, że z internowania zwolniono 3204 osoby…
J.Jabłoński mówi, że pierwsze dni w Hrubieszowie to dostosowanie się do surowych warunków więziennych. W celach przebywali po czterech, a jedyną rekreacją był pobyt na spacerniku. Nie mieli kontaktów z osobami z innych cel, nie wiedzieli ilu ich jest…
-Po kilku dniach odmówiłem wychodzenia na spacernik. Inni uczynili tak samo – mówi J.Jabłoński. –Potraktowano to jako formę buntu. Zaczęli nas przesłuchiwać. Między celami zaczęliśmy się porozumiewać przy pomocy alfabetu Morse'a. Wkrótce wszyscy wyszliśmy na spacernik. Okazało się, że jest nas około stu. Z moich notek wynika, że osadzeni w Hrubieszowie byli z południowej części Polski. Ograniczano i cenzurowano korespondencję. Prowadzono rewizje. Nie było jednak wśród nas przygnębienia, apatii. 28 kwietnia dowiedziałem się, że spora grupa moich kolegów z Ostrowca została zwolniona z internowania. W więzieniu szukaliśmy sposobów na lepsze życie. Odbyła się pierwsza msza, otwarto cele, wkrótce zaczęliśmy korzystać z świetlicy i oglądać telewizję, w tym mistrzostwa świata w piłce nożnej. Pewnie, że rozmawialiśmy na tematy polityczne, związkowe, ale głównie o wolności. Mimo wysokich wyroków wierzyliśmy, że nie odsiedzimy ich do końca. Po apelacjach wielu uzyskało przerwę w wykonywaniu kary i pojechało do domów.
Na czwartym piętrze na Piaskach
Marzena Grosicka z Instytut Pamięci Narodowej w Kielcach mówi, że w wyniku stanu wojennego w województwie kieleckim internowano 368 osób. Większość z nich z regionu świętokrzyskiego umieszczono w ośrodku odosobnienia stworzonym w Kielcach w Areszcie Śledczym na Piaskach, gdzie internowani zajmowali czwarte piętro w głównym budynku więziennym. Pilnowało ich dwudziestu pięciu funkcjonariuszy. Niektórzy za kratami spędzili kilka dni, a inni kilkanaście miesięcy. Internowani w areszcie mieli fatalne warunki pobytu. Złe oświetlenie cel, kiepskie jedzenie, zła opieka lekarska to obrazki z codziennego ich życia. Cały czas funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa prowadzili wobec internowanych pracę operacyjną. Nakłaniali do składania „lojalek”, czyli oświadczeń o niepodejmowaniu działalności szkodliwej dla PRL. Na porządku dziennym próbowali skłócać internowanych, wywoływać podejrzliwości i pomówienia. Wobec sporej grupy internowanych kolportowano informacje o działalności agenturalnej.
Koszmary i absurdy dnia codziennego
Prof. dr hab. Grzegorz Miernik z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego twierdzi, że życie codzienne w okresie stanu wojennego było absurdalne. Starsi pamiętają: puste półki sklepowe, przemieszczenia się z województwa do województwa za pomocą przepustek, system kartkowy na mięso, cukier, kaszę, alkohol, artykuły chemiczne. Od 1982 roku rozpoczęła się reforma gospodarcza. Polegała jednak głównie na drastycznej podwyżce cen, choć prowadzona była na zasadzie koncesjonowanego dialogu społecznego.
-Efekt był taki, że w naszym województwie w lutym 1982 roku głównie w miastach nie wykupiono 15 % masy mięsnej. Trwało ciągłe poszukiwanie lepszych gatunków mięsa i wędlin. Nie można było kupić ziemniaków, bo rolnicy wstrzymywali się ze sprzedażą, a handel uspołeczniony był niewydolny – opowiada G.Miernik. –Brakowało masła, kaszy manny, pieluch, proszków do prania. Małe szanse dotyczyły kupna czekolady, a dostępne na rynku ubrania – w zależności od asortymentu - pokrywały od 10 do 40 % potrzeb. Wprowadzono bony na buty. W województwie kieleckim brakowało do pokrycia reglamentowanych 800 tys. aż 300 tysięcy par obuwia.
Braki towarów rodziły patologie. Rozprowadzano je wśród rodzin i znajomych. Nie brakowało tzw. spekulantów, zarabiających z zyskiem na ich sprzedaży. Pojawili się cinkciarze sprzedający obce waluty. Zlikwidowano 150 bimbrowni. Milicja z kolei w tej materii chwaliła się współpracą z tzw. robotniczo – chłopską inspekcją pracy. Zrodziło się także pojęcie „fuchy”, czyli wykonywania dodatkowej pracy w zakładzie. Liczyły się „chody” i dojścia”.
-Reforma była pustym sloganem i obnażyła wszystkie patologie PRL – uważa prof. Miernik. -Stanowiska w zakładach pracy zajmowali nowi, obsadzani z klucza nomenklaturowego. Stan wojenny spowodował także najdłuższe wakacje zimowe dla młodzieży. W szkołach odbyła się personalna czystka wśród kadry dyrektorskiej. Władza komunistyczna zmartwiona była wzrastającym udziałem społeczeństwa w nabożeństwach i uroczystościach religijnych. W Ostrowcu na mieszkanie oczekiwało się 12, a w Kielcach 15 lat. W całym województwie na własne M oczekiwało 55 tysięcy rodzin.
Poszukiwaliśmy godnych form życia
-Polacy niekoniecznie chcą być bogaci, ale cenią sobie sprawiedliwość, dbają o własną edukację i kulturę, chcą być silni w swej masie - mówi Jerzy Stępień, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego, senator, współzałożyciel „Solidarności” w Regionie Świętokrzyskim, współautor „Posłania do narodów Europy Środkowej i Wschodniej”, który w stanie wojennym był internowany na rok, a po zwolnieniu działał w podziemiu.
-W działalności „Solidarności” poszukiwaliśmy więc godnych form codziennego życia, a kulturę podtrzymywaliśmy poprzez prasę podziemną i kościół. Wiedzieliśmy, że nie możemy podejmować z komunizmem walki zbrojnej. Państwo chcieliśmy odzyskać przywracając wszystkim poczucie obywatelskości, a naszą siła było solidarne stawanie w obronie ludzi pokrzywdzonych na zasadzie zwartych grup osób żyjących w zgodzie z prawdą. Gdy byliśmy w więzieniu wiedzieliśmy, że nasze rodziny nie są pozbawione opieki i finansowego wsparcia. Służba Bezpieczeństwa PRL wobec takiej postawy była bezradna…
Według J.Stępnia, to doświadczenie „Solidarności” jest ponadczasowe. Także to, że w takich czasach, jak okres stanu wojennego zawsze można było liczyć na duchownych. Po wyjściu z więzienia on i tacy kieleccy działacze „Solidarności”, jak Mirosław Sarna i Michał Płoski zostali zatrudnieni przez biskupa w kieleckiej kurii i prowadzić swoją działalność podziemną.
Potwierdza to – na podstawie działalności Towarzystwa Przyjaciół Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego - Waldemar Bartosz, przewodniczący Zarządu Regionu Świętokrzyskiego NSZZ „S”, od 1977 roku współpracownik KOR i KSS KOR. W stanie wojennym został dwukrotnie internowany.
-W mrokach stanu wojennego kościół był naszą Ojczyzną, oazą wolnością – mówi W.Bartosz. –Poprzez działalność naszego towarzystwa, którą wpieraliśmy podziemną „Solidarności” mieliśmy poczucie wspólnoty i celu, do którego zmierzaliśmy.
Pokolenie stanu wojennego
Jarosław Malik ze Skarżyska - Kamiennej. Działacz podziemnej „Solidarności”. Pisał w konspiracyjnej prasie pod pseudonimem Krzysztof Wolski. W tamtych czasach przeprowadził wywiad z Jerzym Jabłońskim, ostrowieckim opozycjonistą. Dziś jest przedsiębiorcą na stałe mieszkającym w Kanadzie.
-Wywodzę się z pokolenia stanu wojennego, które ciągle przeciwko czemuś demonstrowało i manifestowało – mówi o sobie. –Szczególnie utkwiły mi w pamięci demonstracje z 30 sierpnia 1982 roku na ulicach Warszawy, Wrocławia i Gdańska, po której komuniści ogłosili, że zorganizowały je bandy wyrostków. W odpowiedzi powstała wtedy nawet gazeta podziemna wydawana przez bardzo młodych ludzi o wdzięcznym tytule „Wyrostek”. Młodzież w mrokach stanu wojennego zadawała sobie pytania, co ze sobą robić, w którą stronę iść? Ja studiowałem na Politechnice Warszawskiej, ale stan wojenny spowodował, że z dnia na dzień wszyscy staliśmy się członkami – niczym Kolumbowie Romana Bratnego – pokolenia, jak się okazało później ostatniego pokolenia, walczącego o niepodległość Polski. Dzisiaj łatwo się mówi: tworzyliśmy gazetki, rzucaliśmy ulotki, ale klimat był taki, że za to wylatywało się z uczelni, szło się do więzienia. Nie każdy mógł się na taką działalność zdecydować, zaryzykować i funkcjonować w drugim obiegu.
Jeszcze w 1987 roku Służba Bezpieczeństwa nie wiedziała, że piszący pod pseudonimem Krzysztof Wolski to Jarosław Malik.
-To znak, że nawet tak potężna SB nie była w stanie okiełznać podziemnej i konspiracyjnej działalności wydawniczej. Taki był jej zasięg i moc – mówi J.Malik. –Zmienił to dopiero Okrągły Stół…
J.Malik wspomina Grupy Oporu Solidarni, które były produktem stanu wojennego. Młodzi postanowili wyjść naprzeciwko oczekiwaniom internowanym liderom „Solidarności”. Brali udział w manifestacjach patriotycznych, akcjach ulotkowych, prowadzili mały sabotaż, piętnowali jakąkolwiek formę współpracy z reżimem komunistycznym. Wzór brali z nich wszyscy nosząc w swetrach oporniki…
-Przykład takiej działalności dawał Teodor Klincewicz, student Politechniki Warszawskiej – chudy, wysoki, świetnie się uczący, emanującymi pomysłami i kierujący 200-osobową grupą oporu, który kilka lat wcześniej założył pismo „Robotnik” – wspomina J.Malik. -
SB nie udało się zatrzymać Klincewicza w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Ukrywał się. Przypadkowo został aresztowany w nocy z 21 na 22 marca, ale SB nie potrafiła ustalić miejsca jego miejsca pobytu, ani roli, jaką odgrywał w podziemiu. A on był członkiem „Dyrektoriatu” - zespołu koordynującego działania RKW Mazowsze. Po legalizacji "Solidarności" został redaktorem naczelnym pisma Kurier Mazowsza. Niestety, paradoksalnie, został ranny w wypadku samochodowym pod Mławą, w czasie podróży służbowej na Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność” w Gdańsku i zmarł 1 marca 1991.
-Przykładem może być także Jacek Górski, jeden z założycieli Federacji Młodzieży Walczącej, która powstała w czerwcu 1984 roku i była organizacją podziemną, zrzeszającą najmłodszych opozycjonistów PRL – mówi J.Malik. -Była organizacją niepodległościową, niezwykłą w swojej otwartości na środowiska o tak różnych poglądach politycznych. W szeregach FMW działało prawdopodobnie kilka tysięcy osób, a młodzi opozycjoniści odwoływali się do tradycji POW, Legionów, Polskich Sił Zbrojnych, ZWZ, AK i Szarych Szeregów. Górski został aresztowany, jako 17-latek już w grudniu 1982 roku. W 1986 roku został porwany przez – jak to się zwało w PRL - nieznanych sprawców, którzy bili go, przypalali papierosami, razili prądem, wypytywali o „Solidarność”, prasę podziemną, aż w końcu wyrzucili go na tory kolejowe. Na szczęście, oprzytomniał, zanim nadjechał pociąg…
J.Malik wspomina również 12-letniego drukarza stanu wojennego, który zajmował się malowaniem napisów na murach, zrywaniem komunistycznych flag, rozklejaniem plakatów i wreszcie drukiem oraz kolportażem podziemnej prasy. Ten nastoletni opozycjonista został absolwentem historii na Uniwersytecie Wrocławskim, Business Administration na Politechnice Wrocławskiej i Central Connecticut State University, MBA na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, Uniwersytetu w Hamburgu i Bazylei. Był zastępca dyrektora Departamentu Negocjacji Akcesyjnych w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej MSZ. Pracował w Banku Zachodniego, którego od 2007 roku został prezesem. Obecnie został konsulem generalnym Republiki Irlandii w Polsce. Mowa o Mateuszu Morawickim, synie założyciela „Solidarności Walczącej”.
Puenta legendy „Solidarności Walczącej”
Kornel Morawiecki - legendarny założyciel „Solidarności Walczącej” 13 grudnia 1981 cudem uniknął aresztowania. Mówi, że wieczorem przewoził sprzęt poligraficzny dla konspiracyjnej drukarni "Biuletynu Dolnośląskiego". W podziemiu kontynuował działalność poligraficzną. Pierwszy numer podziemnego pisma w stanie wojennym w Polsce – "Z dnia na dzień" był drukowany w nocy z 13 na 14 grudnia. Po sześciu latach konspiracyjnej działalności podziemnej późniejszy kandydat na prezydenta RP został zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa we Wrocławiu. Został przetransportowany helikopterem do Warszawy i osadzony w areszcie na Rakowieckiej. W USA powstał Komitet na rzecz Uwolnienia Kornela Morawieckiego…
-Po ogłoszeniu stanu wojennego nadzieje na to, że zima wasza, wiosna nasza okazały się płonne – mówi Kornel Morawiecki. -Nasza organizacja miała zupełnie inne wizje Polski, niż związek zawodowy. Miała na celu walkę, nawet z narażeniem życia, o Polskę wolną, niepodległą, solidarną między rodakami i narodami. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ten ruch był ważny dla całej Europy. Polska miała być lepsza od tej zbrodniczej, mrocznej, komunistycznej. Nie godziliśmy się na namiestnikowskie działania promoskiewskie generała Jaruzelskiego. To, że polała się w wyniku jego działań polska krew jest wielką hańbą. „Solidarność” z 1981 roku dała jednak impuls przemianom w 1989 roku, choć były one dalekie od tych, jakich oczekiwaliśmy. Przecież pierwszym prezydentem tej wolnej, ale wyprzedanej za grosze Polski przez komunistyczną nomenklaturę, został nikt inny tylko Jaruzelski, autor stanu wojennego wypowiedzianego narodowi. Efekty są widoczne do dzisiaj. Z jednej strony – owszem - mamy wolność, ale dramatycznie brakuje nam Polski solidarnej - takiej, w której nie ma tak jaskrawych podziałów na bogatych i biednych, w której rządzi społeczeństwo, a nie kapitał i właściciele banków. Straciliśmy wiele, bo przecież to my wyrwaliśmy Europę z komunistycznych łap, a po zasługi i zaszczyty sięgnęli inni. Dziś stoimy przed kolejnym zniewoleniem swoistą nierównowagą i nierównością społeczną. Chciałbym więc, aby teraz w pogrążonej kryzysem finansowym Europie pojawił się impuls do zmian w Polsce. Chciałbym więcej prawdy, sprawiedliwości, rzetelnych mediów, współdziałania. Hasło „Nie ma wolności bez Solidarności” trzeba zamienić na „Nie ma solidarności bez wolności”…
















