W Ostrowcu gościł Wojciech Cejrowski. Bilety na spotkanie z tym znanym podróżnikiem i publicystą oraz autorem bijącego rekordy popularności programu ,,Boso przez świat” rozeszły się, jak świeże bułeczki. Przed spotkaniem z ponad 400 - osobową ostrowiecką publicznością W. Cejrowski znalazł kwadrans, aby porozmawiać z dziennikarzami.
-Wizytę w Ostrowcu rozpoczął pan na oddziale okulistycznym tutejszego szpitala. Co się stało?
-Pani doktor stwierdziła, że mam zapalenie tęczówki, czyli niebieskiego w oku -mówi Wojciech Cejrowski. Nie wiadomo, skąd się to bierze. Może to być przyczyną jakiejś choroby pasożytniczej w organizmie, reumatyzmu albo paru innych rzeczy.-Czy był pan już kiedyś w Ostrowcu lub w naszym regionie?
-Gdy byłem w szkole średniej, uczestniczyłem w Górach Świętokrzyskich w biegu na orientację. Odwiedzałem wtedy takie miejscowości, w których czuję się, jak u siebie. Pochodzę z okolic Trójmiasta, ale wioskowy chłopak jestem i szybciej odnajduję się w małej miejscowości, niż w większej. Jeździłem sporo po tych okolicach, ale w Ostrowcu jestem pierwszy raz.
-Jest pan przede wszystkim podróżnikiem czy publicystą?
-Ja się nie zastanawiam, czy jestem przede wszystkim tym czy tym. To zależy od momentu w życiu. Przez dziesięć lat byłem przede wszystkim studentem w czasie studiów, a przede wszystkim cieślą poza studiami. Po sto dni każdego roku pracowałem w Szwecji w swoim zawodzie, jako cieśla. Tam zrobiłem sobie papiery czeladnicze. Publicystą jestem natomiast wtedy, gdy wchodzę w spory publicystyczne. Nie są to zawodowe porywy publicysty, ale raczej takie wkurzenia obywatela, któremu się coś w jego kraju nie podoba. Uważam, że taki obywatel powinien się w coś zaangażować, a nie tylko siedzieć w domu i mówić: „ale te cholery narobiły”. A te „cholery” narobiły, bo im pozwoliłeś narobić, a w każdym razie nie zrobiłeś nic, aby ich powstrzymać. No więc wchodzę czasami w spory, które wyglądają, jak publicystyka. Ale nie jestem publicystą, aby żyć z tego.
-Zna pan różne języki, ale w niektórych krajach na czarnym lądzie nie zawsze pozwolą one panu porozumieć się z tubylcami. Proszę powiedzieć, jak pan z nimi rozmawia? I jak reagują: czy uciekają, gdy wchodzicie z kamerą?
-Już nie uciekają, ponieważ mam dwudziestoletnią praktykę wchodzenia samotnie między dzikich, a ekipa telewizyjna to dodatek. Mnie by się to wszystko nie udało, gdybym wcześniej nie jeździł sam. Już się wszystkiego o nich nauczyłem i wiem, jak mogą zareagować. To są przecież ludzie tacy sami, jak my, więc tak, jak my mają wstyd, strach, niepokój. Człowiek od człowieka się nie różni. Może się różnić jedynie kolorem skóry, ale wzorce myślenia mamy wszyscy podobne. Nauczyłem się więc z czasem pokonywać ich wstyd, zażenowanie i złość w momentach, gdy przychodzi ktoś nagle i chce im robić zdjęcia. Dlatego teraz jest mi łatwiej odwiedzać ich z ekipą telewizyjną. Poza tym ekipę zabieram przede wszystkim w miejsca, które są dla mnie oswojone. Chodzi tu o widza, aby miał ,,podane” najlepsze, co ja mogę zrobić. Jadę wtedy w sprawdzone miejsce, do kultury, o której bardzo dużo wiem, a nie uczę się o niej w ostatniej chwili z książki. Potem widz ogląda mój program i to wtedy jest dla niego takie łatwe. Korzystam też z pomocy przewodnika, który był ze mną już na siedmiu wyprawach. Wtedy on zaprowadza mnie głęboko w las, gdzie nie wjedzie ekipa. On ma tam swoich kolegów, którzy w indiańskich językach przetłumaczą, kim jesteśmy. Ale często się zdarza, że jeszcze ktoś mnie tam pamięta, bo osiem lat temu byłem tam sam.
-Czy zdarzało się, że na czarnym lądzie obawiał się pan o życie?
-Wiele razy, ale najczęściej jadąc samochodem na trasie Gdańsk - Warszawa. Przeżywam wtedy głęboki strach. A na kontynentach, gdzie mieszkają dzicy ludzie, w krajach trzeciego świata mniej się boję niż tu. Tam ludzie są bardziej prostolinijni, prawdomówni. Czuję się więc tam bezpieczny. Gdybym na przykład wchodził do dzielnicy biedy, gdzie ktoś mógłby mi wyrządzić krzywdę, to wtedy sto osób po drodze zatrzyma mnie i powie: „biały nie wchodź tam, bo tam cię pobiją”. Potem mi powiedzą: „biały nie wchodź tu, bo cię pobijemy,” potem zaś: „ty, co ty tu robisz? Mam cię pobić?” A dopiero potem mnie pobiją. Czyli człowiek wchodząc stopniowo w niebezpieczeństwo, ma się okazję wycofać. A tutaj jest gorzej. Złe przychodzi znienacka.
-Mieszka pan w Meksyku. Czy służy panu tamtejszy klimat?
-Tutaj w Polsce jest taki klimat trochę nie dla mnie. Generalnie w całej Europie jest taki klimat, że nawet głupie ptaki wiedzą, że trzeba na pół roku odlecieć do Afryki. Ja mam w sobie coś z polskiego bociana. To polski ptak, tu urodzony i wychowany. Mógłby być w naszym godle narodowym. Teraz gdybyśmy rysowal i nowe godło, to pewnie byłby bocian zamiast orła bielika. Bo on nie jest debil i zimę spędza na sawannie, spaceruje sobie i siedzi na przedłużonych wakacjach. Potem wraca do nas i się rozmnaża. To nie jest klimat dla człowieka. To jest klimat dla pleśni, wirusów, grypy.
-Czy często chodzi pan boso?
-Rozczarowywuję ludzi, gdy przyjeżdżam od siebie z Meksyku do Polski na Boże Narodzenie, bo mama mnie poprosi, żeby tu spędzić święta i gdy na dworcu centralnym w Warszawie przesiadam się do pociągu, to zawsze ktoś mnie pyta: „w bucikach?” Ale przecież spokojnie przez cztery miesiące można chodzić boso. Jeszcze zazwyczaj przez cały wrzesień. Czasem zdarza mi się iść boso nawet po śniegu po drewno do kominka. Nawet, gdy wychodzę do listonosza do furtki, to czasem zdarza mi się zapomnieć butów. Natomiast latem regularnie zdarza mi się zapomnieć butów do kościoła. Już mi nawet proboszcz proponował, że przy pierwszym konfesjonale pod chórem będzie mi zostawiał kapcie. Bo ja autentycznie zapominam. Często chodzę rano do kościoła na siódmą rano razem z babciami, bo tam się najlepiej czuję i w związku z tym zobowiązany jestem założyć buty.
-Praca zapewne przynosi panu satysfakcję, ale popularność jest chyba dokuczliwa?
-Cieszy mnie jako autora, że robię rzeczy dobre łamane przez pokupne i że ludzie chcą włączyć ze mną program telewizyjny czy kupić moją książkę. To radość dla każdego autora. Natomiast popularność uliczna to udręka. To cena, którą się płaci za dobrą robotę.
-Czy ma pan harmonogram wyjazdów w odległe kraje? Czy odbywają się one zawsze w ustalonych miesiącach w roku?
-Nie mam harmonogramu. Najlepszym okresem na wyjazdy są brzydkie miesiące - od listopada do końca marca. Zazwyczaj po świętach zostaję w Polsce do końca stycznia, wsiadam w samolot i wracam dopiero w maju. To dobry okres na wyprawy na przykład do Amazonii, bo tam wtedy nie ma opadów deszczu.
-Dziękuję za rozmowę.




















