- Czy miała Pani tak zwanego mistrza lub mistrzynię, kogoś kto miał decydujący wpływ na to, że pani maluje?
- Mój wujek malował, był samoukiem - mówi Zofia Pająk, ostrowiecka malarka. -Zawsze jak malował, to mimo, że nie lubił jak się ktoś patrzył, siadałam i się gapiłam. Brat mojej babci był z kolei garncarzem.
Do niego też zawsze przychodziłam i patrzyłam, jak toczy. Więc można powiedzieć, że od dziecka miałam już zainteresowania plastyczne. W szkole dużo pracowałam. Mapy sama rysowałam, bo przecież nie było takich pomocy naukowych jak teraz. Malarstwem i rysunkiem zaczęłam się interesować poważnie, jak to się mówi – rozmalowałam się, gdy kończyłam studia na UMCS. Ciężko mi raczej wskazać kogoś, kto na mnie konkretnie wpłynął. Ja bardziej byłam samoukiem. Z koleżankami pracowałam, malowałam im portrety.
- W 1978 roku miała Pani pierwszą indywidualną wystawę w dawnym ZDKu. Proszę wspomnieć tamto wydarzenie lub inne pani wystawy, które pani szczególnie pamięta.
- Proszę coś powiedzieć na temat Pani wieloletniej pracy pedagogicznej. Gdzie Pani pracowała? Jak wyglądały zajęcia, które Pani prowadziła? I czy ktoś z pani uczniów poszedł w Pani ślady?
- Przez wiele lat uczyłam w Studium Nauczycielskim, które pierwotnie nazywało się Studium Wychowania Przedszkolnego, obecnie w tym budynku mieści się IV LO. Pracowałam także w „Chreptowiczu”. Ale moją pierwszą szkołą była Szkoła Podstawowa Nr 3 w Ostrowcu. We wszystkich tych szkołach uczyłam plastyki, a w studium - metodyki wychowania plastycznego. To była teoria na temat, jak uczyć plastyki. Mam taką uczennicę, która wyjechała do Stanów Zjednoczonych, do stanu Indiana, tam bardzo dobrze wyszła za mąż. Ona chyba studiów nie skończyła, ale propaguje kulturę polską w swoim malarstwie. Także kontakty z moimi – jak ja je nazywam - „dziewczynami”, które plastyką się zajmują, to mam po dziś dzień.
- Czy obecną Pani wystawę w BWA, którą dzieli Pani z Kazimierzem Czubą można uznać za retrospektywną, czyli pokazującą przekrój Pani twórczych dokonań całego życia? Co Pani na niej zaprezentowała?
- Myślę, że tak. Na wystawie są obrazy, które mają już ponad 30 lat. Zaprezentowałam ponad sto obrazów. Dominują na nich takie trzy moje ulubione działy malarstwa olejnego: pejzaż, portret i kwiaty. Zestawienie mnie z panem Czubą może wydawać się przypadkowe, ale dla mnie nie jest. Kazimierza Czubę znałam jeszcze jako dziecko. Oboje mieszkaliśmy w Denkowie. To było jeszcze za okupacji. Gdy chodziłam z babcią do kościoła, to mama pana Czuby zawsze go za rączkę prowadziła. Po wielu, wielu latach spotkaliśmy się w Grupie 10 i doszliśmy do wniosku, że mamy wspólną matkę chrzestną. Jak los czeka na ludzi… Okazało się także, że mamy wspólne przeżycia. Opowiadał on zdarzania z okresu, jak już się wojna kończyła, które ja także widziałam. Widziałam zerwane mosty na Kamiennej. Widziałam dzień wyzwolenia… To była właściwie noc. Poszłam wtedy na Zygmuntówkę, więc widziałam, jak czołgi z Ruskimi jechały. Cały Ostrowiec to był jednym wielkim ogniem. I on też to widział… Coś takiego w życiu jest, że ludzie się tak przyciągają lub odpychają jak magnesy.
- Proszę przybliżyć ideę cyklu „Pajęczarki”. Skąd taki pomysł, kim są tytułowe pajęczarki?
-Na obecnej wystawie zaprezentowałam swój nowy, czwarty dział fantastyczny tzn. cykl „Pajęczarki”. Moje nazwisko to Pająk. Ułożyłam sobie całą bajkę o pajęczycy, która leci na spadochronie pajęczym. Ta pajęczyca daje pracę pajęczarkom, które rozbiegają się po całym świecie i snują pajęczynę. Dla najbardziej pracowitej czeka nagroda - złota lilia w wazonie. I to dlatego mamy wszyscy w domach pajęczyny, z którymi walczymy. Ja też walczę, ale pająka nie zabiję. Taką bajeczkę na ten temat sobie wymyśliłam. Na wystawach często można zobaczyć obrazy abstrakcyjne. Ja też bym mogła malować abstrakcje, ale mnie to jakoś nie pociąga. Pomyślałam więc sobie, że stworzę coś nowego, czego dotychczas nie malowałam i stąd te „Pajęczarki”.
- Powiedziała Pani kiedyś, że „każdy chce być ładniejszy, niż w rzeczywistości”. Czy to psychologiczne spostrzeżenie wpływa na pani malarstwo portretowe?
- Zauważyłam, że każdy, kto zamawia u mnie portret na obrazie, chce być od siebie ładniejszy. Jak ktoś jest starszy, to chce żebym go przedstawiała jako młodszego. Na wystawie jest dużo portretów, które malowałam ze zdjęć z młodych lat. Niektóre dzieci maluję na żywo, ale dziecko to jest ruchliwe, wtedy zdjęcie mi pomaga. Portrety wykonuję najczęściej na zamówienie, ale także z wdzięczności jako prezent. Ale najważniejsze jest to, że malując portrety miałam dużo przeżyć smutnych i wesołych. Zgłosił się do mnie kiedyś jeden pan, któremu zmarła żona. Przyszedł do mnie i mówi: „Niech pani namaluje moją żonę jako damę.” To się postarałam, dałam korale, kapelusz. Po jakimś czasie poprosił mnie, żebym namalowała córkę i syna - a te jego dzieci już nie żyły. Gdy się o tym dowiedziałam, bardzo to przeżyłam. Te portrety powiesił w pokoju. Codziennie siadał i patrzył… Jak można nie przeżyć takiej historii! Portrety bardzo zbliżyły mnie do ludzi. Dzięki portretom nawiązałam bardzo dużo znajomości.
- Dziękuję za rozmowę.



















